OKOWY ZMYSŁOW

1 Fragment powieści
"OKOWY ZMYSŁOW"

Autor: Bruno Wioska,

Ilustracje: Margot Bakenda


Człowiek musi ciągle obserwować, 

musi rozmyślać: Kto nie rozmyśla, 

często się myli.

Leonardo da Vinci


Lot 479 z Krakowa do Rzymu przebiegał bez przeszkód. Samolot zaczął zbliżać się do portu przeznaczenia; na niebie nagle pojawiły się czarne burzowe chmury.

Pasażerowie, po meldunku pilota o zbliżającej się burzy, zaczęli zapinać pasy... nagle zgasły wszystkie światła, a po chwili za oknami pojawiła się wielka ognista kula, która pokryła cały samolot i oślepiła wszystkich... Trwało to zaledwie kilka sekund.

* * *

W Rzymie panował tego dnia nieznośny upał, pomimo że był to dopiero początek maja. Skale termometrów przekroczyły 40 stopni Celsjusza w cieniu. Schody na placu Hiszpańskim, na których w normalny dzień gromadziły się tłumy młodzieży, były tak nagrzane od palącego słońca, że wszyscy omijali je z daleka. Spocony tłum turystów daremnie szukał chłodniejszych miejsc. We wszystkich parkach i na placach, gdzie było choćby trochę cienia, odpoczywali nieliczni turyści, rezygnując tego dnia z podziwiania zabytków. Można ich było spotkać leżących nawet w kościelnych ławkach, gdzie zmęczeni skwarem dnia starali się poczekać na wieczorne ochłodzenie. Forum Romanum, rojące się zazwyczaj od zwiedzających, świeciło pustkami.

Tego dnia nic nie było normalne. Ulicy wyludniły się, samochodów osobowych prawie nie było widać, tylko syreny karetek pogotowia wypełniały miasto przeraźliwym wyciem. Widocznie co chwila ktoś potrzebował pomocy. Gdzieś w pobliżu mego hotelu gwałtownie urwało się wycie syreny, by po kilkunastu sekundach zawyć znowu przeraźliwie i oddalając się, w odległych ulicach, ucichnąć. Autobusy, w których zawsze było tłoczno jak w puszcze sardynek, jeździły tego dnia puste.

Do Muzeum Watykańskiego, o którym powiadano, że tylko tam tego dnia nie zepsuła się klimatyzacja, ustawiła się długa kolejka przepoconych i zmęczonych upałem ludzi. Jego wnętrza przepełnione były po brzegi, a tłum, popychając się wzajemnie, sunął krok po kroku przez komnaty. Takiego nalotu Watykan jeszcze nie przeżył. Ale przynajmniej w nim w miarę chłodne pomieszczenia, choć nieco podgrzane oddechami i temperaturą setek rozgrzanych ciał zwiedzających, przynosiły na czas pobytu ulgę. Służby porządkowe ponaglały zwiedzających do przechodzenia do kolejnych komnat i do szybszego opuszczenia muzeum, bo przed kasami zniecierpliwieni turyści tłoczyli się i głośno narzekali na organizację. Porządkowi, porozumiewając się krótkofalówkami, starali się kierować ruch zwiedzających także do pomieszczeń, które nie należały do tej pory do najbardziej ulubionych. W tym dniu nawet zbiory Etruskie i Egipskie zalały tłumy. Ale nie dzieła były głównym powodem odwiedzin, lecz nieco chłodniejsze pomieszczenia. 

Obsługa techniczna dwoiła się i troiła, by nie dopuścić do przegrzania sal. Mimo wszystko klimatyzacja ciągle się psuła, choć cały czas znajdowała się pod kontrolą konserwatorów. Skutki zawilgocenia powietrza mogłyby spowodować nieodwracalne szkody w gromadzonych od wieków drogocennych zbiorach.

Popędzany przez dyżurujące służby i napierany z tyłu przez tłumy zwiedzających dotarłem do apartamentów papieża Aleksandra VI. 

Gdy znalazłem się w Sali Sybilli, ktoś zatrzasnął za mną drzwi. – „Pewnie ochrona – pomyślałem – by skierować ruch do innych wnętrz i uniknąć tłoku w Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie każdy koniecznie chciałby zobaczyć słynne malowidła Buonarrotiego”. Gdy ostatni zwiedzający opuszczali salę, zobaczyłem na podłodze leżącego w kałuży krwi człowieka. Przy nim, na klęczkach, łkała jakaś – sądząc po sylwetce – młoda kobieta.

– Co się stało? – zapytałem. – Wezwę pomocy! – Sięgnąłem po telefon. Naturalnie zapomniałem, że zgodnie z regulaminem muzeum wcześniej wyłączyłem go.

– Tutaj nie wolno telefonować – nie przestając szlochać, powiedziała kobieta lekko podnosząc głowę.

Mimo rozmazanych na jej twarzy łez, wyglądała bardzo atrakcyjnie. Miała około trzydziestu lat. Jej długie kręcone blond włosy opadały na szczupłe ramiona. Ubrana była bardzo gustownie z elegancką skromnością.

– Widzi pan? – zapytała i nie czekając na moją odpowiedź dodała: –To jest Alfons!

– Tak, oczywiście, że widzę. Dziwi mnie tylko to, że ten tłum, ci wszyscy ludzie, którzy jeszcze przed chwilą byli w tej komnacie, nie zauważyli tego i nie zareagowali. Nikt nie pośpieszył z pomocą. Udawali, że nic się nie wydarzyło! Cóż za straszna znieczulica! Ale co się stało? Musimy wezwać pomocy, lekarza...

– Nie, już nie potrzeba – powiedziała, podnosząc się zgrabnie. Otrzepała obcisłą sukienkę i podając mi, jak do pocałunku, nad wyraz bladą dłoń – przedstawiła się.

– Mam na imię Lukrecja. To bardzo dziwne, że pan to widział. Nigdy do tej pory nikt na nas nie zwrócił uwagi.

– Co w tym dziwnego? Ale właśnie to, co pani mówi brzmi bardzo dziwnie. Jak to nigdy do tej pory nikt nie zwrócił na państwa uwagi. Nie bardzo rozumiem, co ma pani na myśli. Powiem pani, na mnie też nikt nigdy nie zwraca uwagi. Czasem mam trudności, by w towarzystwie w rozmowie przebić się i coś powiedzieć. Ale pozwoli pani, że się przedstawię, jestem Kordian. Bardzo mi przyjemnie, pozwoli pani, że wytrę jej twarz, jest cała zalana łzami – powiedziałem nieco zdziwiony moją odwagą i wyjąłem chusteczkę. Lukrecja nadstawiła twarz jak mała dziewczynka, zamykając przy tym oczy. Wycierając jej policzki starałem się zrobić to jak najbardziej delikatnie. Jej cera była blada i tak delikatna, że aż prawie przezroczysta. Gdy kończyłem, zgrabnie musnęła ustami moją dłoń. Swym zachowaniem , oczywiście zaskoczyła mnie. Inaczej nie pozwoliłbym, by młoda i ładna, bardzo atrakcyjna kobieta całowała mnie w rękę. Przyznam się, że ten całus zawstydził mnie i równocześnie oszołomił.

– Co pani robi? Zawstydza mnie pani.

– Jesteś wyjątkowy. Ty jesteś tym człowiekiem – powiedziała, akcentując słowo „ty”. Dziesiątki osób od lat przechodziło tędy i nikt nie widział tego, co się stało. Dopiero teraz ty. Nareszcie!

– Nie jestem wyjątkowym człowiekiem – powiedziałem wtedy, nie przywiązując wagi do znaczenia słów: „... dziesiątki osób od lat przechodziło tędy...”. Zrozumiałem to dopiero później. Wtedy nie przypuszczałem, że przypadnie mi ważna rola w bardzo dziwnym, do końca niezrozumiałym, rzymskim spektaklu. – Nie jestem wcale wyjątkowym człowiekiem. To tylko inni wolą nic nie widzieć. Nikt nie chce mieć kłopotów. Ale myślę, że nie czas na konwersacje. Musimy pomóc temu biedakowi – powiedziałem i wskazałem leżącego na podłodze człowieka. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że miejsce to było puste. Jeszcze przed chwilą leżący tam mężczyzna – zniknął. Nie zauważyłem też na podłodze żadnych śladów krwi. Podłoga w tym miejscu świeciła wypolerowanym marmurem. Mógłbym przysiąc także, że do komnaty w ostatnich minutach nikt nie wchodził. Przetarłem ze zdziwienia oczy.

– Gdzie on jest? – zapytałem nieznajomą kobietę, wskazując na puste miejsce.

– Alfons? – zapytała. – Nie żyje!

– Jak to nie żyje. I pani to mówi z takim spokojem? Nie mógł przecież sam zniknąć. Widziałem go tutaj, przed momentem, leżącego w kałuży. Nie mógł tak zniknąć, tym bardziej że – jak sama pani utrzymuje – nie żył. Cóż to za komedia? Co znaczy ta cała inscenizacja? Kpi pani sobie ze mnie?

– Uspokój się, proszę. Dziękuję, że zainteresowałeś się Alfonsem. Nie robisz tego czasem tylko z grzeczności? Zaintrygowała cię ta sytuacja? – zapytała. 

– W takich chwilach, gdy trzeba pomóc człowiekowi, grzeczność jest nieistotna. Oczywiście, że mnie to intryguje – ale ponad wszystko to mnie bulwersuje. Przecież to nienormalne, że nieżyjący człowiek znika wraz z kałużą krwi w której leżał, jakby się pod ziemię zapadł i nikt nic nie widział.

– Tak, to skomplikowana historia. Jeżeli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej, to wpadnij wieczorem na drinka do In Sigillo na Via del Cardello. To w pobliżu twego hotelu – powiedziała podając mi jakiś bilecik.

Zdziwiony, skąd wie, w którym hotelu mieszkam, chciałem ją o to zapytać, ale wybiegła szybko z komnaty i znikła w następnym pomieszczeniu. Wszedłem tam w nadziei, że ją jeszcze zobaczę, ale również i ta sala była już pusta, nie licząc stojącego przy drzwiach stróża porządku. 

Przyjrzałem mu się z zainteresowaniem. Wyglądał dość osobliwie. Na głowie miał coś bardzo staroświeckiego, co przypominało czapkę lub beret. Zapewne podobne nakrycie można by znaleźć w średniowiecznych kolekcjach watykańskich. Sprawiał wrażenie człowieka bardzo silnego i zwinnego, a szpiczasta, krótko obcięta broda dodawała mu powagi. Moją uwagę przykuły jego głębokie oczy. To były oczy człowieka nie znoszącego sprzeciwu. Mimo niecodziennego i zagadkowego wyglądu, już na pierwszy rzut oka budził respekt.

– Widział pan wychodzącą stąd młodą kobietę? – zapytałem najuprzejmiej jak tylko mogłem. 

– Nie, nikogo wychodzącego nie widziałem. Ale co pan właściwie tutaj robi? Sam przed chwilą sprawdzałem te pomieszczenia i nikogo nie zauważyłem. Skąd się pan tutaj wziął? Zamknęliśmy tę komnatę przed godziną, by obniżyć wilgotność powietrza. Ludzie tak się pocą, że nasza klimatyzacja nie nadąża schładzać pomieszczenia i wilgotnościomierze włączają nam ciągle alarm. Radzę panu przejść dalej, bo może mieć pan nieprzyjemności – powiedział to takim tonem, że nie ośmieliłem się nawet tłumaczyć. Wydukałem tylko:

– Dziękuję panu, panie...?

– Cesare – dostojnie przedstawił się stróż porządku, podnosząc przy tym nieco wyżej głowę i wysuwając prawą nogę.

– Dziękuję panu, panie Cesare, za ostrzeżenie. – powiedziałem i jakoś machinalnie ukłoniłem się.

– No, zachowuje się pan całkiem rozsądnie. Niewykluczone, że się zobaczymy – powiedział to tonem nawykłym do rozkazywania, więc nie miałem odwagi oponować. Skinąłem tylko na znak zgody głową. Chciałem go zapytać, dlaczego wydaje mu się, że się spotkamy, ale w tym samym momencie drzwi otworzyły się i do sali wszedł mężczyzna ubrany w typowy uniform stróża porządku, taki jakie noszą w Muzeum Watykańskim, a za nim cały tłum zwiedzających.

– Dlaczego te drzwi były zamknięte? Kto zamknął to pomieszczenie? – zapytał.

Chciałem wskazać na Cesare, ale jego już także nie było. Wzruszyłem tylko ramionami i udałem się do dalszych komnat.

2 Fragment książki
OKOWY ZMYSŁOW
Autor: Bruno Wioska
Ilustracje: Margot Bakenda


SPOTKANIA NA PALATYNIE


Gdy się obudziłem, w mojej świadomości bardzo wyraźnie pojawiło się zdarzenie z watykańskiego muzeum. „Dziwny sen” – pomyślałem i uśmiechnąłem się na jego wspomnienie. Spojrzałem na zegar, dochodziła godzina siódma wieczorem. Wzrok mój mimowolnie zatrzymał się na leżącym tuż obok zegara bilecie wstępu do Muzeum Watykańskiego. Spod biletu wystawał rożek jakiegoś kartonika. Była to wizytówka lokalu – In Sigillo. „To przecież miejsce spotkania, które mi wyznaczyła nieznajoma ze snu, Lukrecja” – skonstatowałem.
„A może to nie był sen? Wykluczyć, że byłem dzisiaj w tym lokalu po wyjściu z muzeum, także nie mogę. Chyba jeszcze nie przebudziłem się całkowicie? Jakieś dziwne to wszystko. Przy tym upale mogłem także zapomnieć? Prawdopodobnie wypiłem gdzieś po drodze drinka i alkohol zaćmił mi mózg” – myśli kłębiły mi się w głowie. Wyjąłem portfel, w którym przechowuję wszystkie, nawet najniższe rachunki, by sprawdzić jeden. – Znalazłem... Ale był to rachunek z Verandy! Oczywiście! Jadłem tam lody i piłem podwójną espresso. Czyli nie byłem w In Sigillo. Tak, przypominam to sobie dokładnie. Byłem na Via della Conciliazione w Verandzie. Roiło się tam od wielu purpurowych dostojników Kościoła. Potem wróciłem autobusem na plac Wenecki i od razu poszedłem do hotelu – wziąłem prysznic i położyłem się spać. Tak, teraz przypominam sobie dokładnie!
Czyli ta przygoda w muzeum... – nagle zacząłem się domyślać. – Ale ze mnie głupiec, ktoś chce zrobić mi głupi kawał. Ale skąd wziął się bilecik z In Sigillo? Jak znalazł się na moim stoliku? Nie! Nie może być. To nieprawdopodobne. Przygotowano na mnie pułapkę? Gdy zjawię się w In Sigillo zrobią ze mnie błazna. Ale kto? Nikogo tutaj przecież nie znam, jestem w Rzymie zaledwie parę godzin! Mnie także nikt nie zna, więc komu by zależało, żeby żartować z nieznajomego. Nie miałoby to większego sensu. 
Postanowiłem, że nie pójdę na spotkanie. Wyjrzałem przez okno na ulicę. Na placu Weneckim nie było ani jednego przechodnia. Zamknąłem szybko okno, bo gorące jak z pieca powietrze wdarło się z ulicy do wnętrza. – Chyba posiedzę jeszcze w pokoju i poczytam coś – pomyślałem. – W klimatyzowanym pokoju nie odczuwa się miejskiej spiekoty.
Jedyną książką, jaką miałem, był rzymski przewodnik Baedekera. Nie mogłem się jednak skupić i pomimo upału i przyrzeczeń, postanowiłem wyjść na spacer. Na dole w recepcji nie było żywego ducha, powiesiłem więc klucz na swoim miejscu i wyszedłem na ulicę. 
Rozgrzane do granic powietrze zatkało mi oddech, chciałem natychmiast zawrócić. Jednak ruszyłem, noga za nogą, na plac Wenecki. Jakiś czerwony kabriolet minął mnie, głośno trąbiąc. Wydawało mi się, że zobaczyłem w nim spotkaną w Watykanie dziewczynę – Lukrecję. Byłem nawet pewny, że to była ona. Machała ręką w moim kierunku, pokazując coś, czego nie zrozumiałem. Być może wskazywała mi kierunek, w którym miałem się udać? Na wszelki wypadek obejrzałem się za siebie, sprawdzając czy w pobliżu nie ma kogoś innego. Ale nie! Plac był wyludniony. Byłem jedynym przechodniem. Samochód szybko oddalił się ulicą dei Fori Imperiali i popędził w kierunku Colosseum. Czyli ona istnieje, to nie był sen. Jakoś machinalnie, ale także z ciekawości, wybrałem ten kierunek, jednak otwarta brama Forum Romanum zachęciła mnie, by tam wejść.
Po chwili samotnie wlokłem się po rozpalonej Via Sacra. Słońce grzało jeszcze bardzo mocno, ale coś ciągnęło mnie, by iść dalej. Ruiny, podgrzewane słońcem, oddawały zakumulowane ciepło, co nie zachęcało do zatrzymania się i głębszego zaznajomienia z dawną architekturą. Szybciej niż się spodziewałem znalazłem się przy Łuku Tytusa. Nie bacząc na skwar, zatrzymałem się przy płaskorzeźbie przedstawiającej tryumfalny pochód rzymskich żołnierzy niosących łupy zdobyte w Jeruzalem. Na pierwszym planie widoczni są wojownicy niosący biblijną arkę i zrabowany potężny siedmioramienny kandelabr, tajemniczy Menorah. Tych skarbów do dzisiaj nie odnaleziono. Ten łuk, to chyba jedyny na świecie pomnik, którym łupieżcy szczycą się zrabowaniem sakralnych przedmiotów. Cezar Domicjan postawił go na cześć zwycięstwa nad powstaniem zbuntowanych Izraelitów bratu Tytusowi i ojcu Wespazjanowi.
Skarby te fascynowały mnie od dawna. Nie ich wartość, ale ich tajemnicze zniknięcie. Tyle różniących się od siebie legend krąży na ich temat... Skarb ten można by porównać do słynnego Graala. Odnalezienie ich wiązano z templariuszami. Mówi się także, że nie templariusze, a Żydzi odnaleźli cały skarb, i na nim powstały fortuny bankierskie w Ameryce. A może odnaleźli je wolnomularze, którzy mieli bardzo wielki wpływ na początkową historię Ameryki? Piramida i elementy wolnomularskie są widoczne do dzisiaj na banknocie jednodolarówki.
Gdzie leży prawda? Któż to wie? Stałem zamyślony przed płaskorzeźbami, gdy ktoś zasłonił mi oczy rękami. Poczułem nawet kształt przylegającego do mnie chłodnego ciała. Aczkolwiek niespodziewany, ale bardzo przyjemny był to dotyk. Jakieś tajemnicze, nad podziw delikatne i bardzo chłodne, pomimo upału, ręce, dały mi rozkoszną chwilę orzeźwienia. Mistyczny, cichy głos wyszeptał: – Wiedziałam, że cię tutaj spotkam. Rozpocząłeś zwiedzanie Rzymu?
– Kto to? – zapytałem. Choć ktokolwiek by to był, to i tak nikogo w Rzymie nie znałem.
– Kordian! Już mnie zapomniałeś?
Chyba znowu śnię. Sam nie wierzyłem, że to dzieje się na jawie. To mogła być tylko ona. Nieznajoma, którą spotkałem w komnacie Sybilli. Czułem dokładnie chłód i kształt jej piersi przylegających do moich rozpalonych słońcem pleców i zimne dłonie na mej twarzy. Poczułem się w tej chwili błogo, mógłbym wiecznie tak stać. Byłem jak rozbitek na chłodnej wyspie wśród gotującego się oceanu.
– Nie miałeś zamiaru przyjść do In Sigillo. Nic to. I tak wiedziałam, gdzie mam cię szukać. Chodź ze mną, pokażę ci coś. Gdy czuję się samotna, to chodzę tam często. Tam zawsze jest przyjemnie chłodno i prawie nigdy nie ma ludzi.
Bez słowa zgodziłem się na jej propozycję. Zresztą poszedłbym wszędzie gdziekolwiek by mi tylko zaproponowała. Jakoś bezwiednie poddałem się tej kobiecie. Była bardzo ładna, – co nie było bez znaczenia – a ja samotny w Rzymie. Poza tym w jej towarzystwie zupełnie zapomniałem o upale. Uprzytomniłem to sobie dopiero później.
Tuż za Łukiem Tytusa skręciliśmy w wąską dróżkę prowadzącą gdzieś w górę Palatynu. Po obu stronach drogi rosły wysokie drzewa, dające zapewne od świtu do zachodu słońca pożądany w upalne dni cień. 
– Tutaj, w tych ruinach kwitło kiedyś życie, a dzisiaj? – Zresztą sam zobaczysz.
Jeszcze nie skończyła mówić, gdy tuż obok nas przebiegło stado beczących kóz. Chciałem jej powiedzieć, że nie słyszałem, by na Palatynie pasły się kozy, gdy w tej samej chwili zadudniła ziemia i Lukrecja przezornie pociągnęła mnie w bok z drogi. W tym samym momencie, pędząc w dół na złamanie karku, stado rozszalałych olbrzymich krów otarło się o nas, omal nie zahaczając nas olbrzymimi rozłożystymi rogami.
– Tutaj trzeba uważać. Może być niebezpiecznie – powiedziała Lukrecja. – Popatrz, co się stało z Rzymem? Upadek! Forum Romanum, Palatyn to pastwiska, a kiedyś pępek świata. W tych miejscach dawniej kwitła kultura. Rzym był potężny, a dzisiaj? Nic się dzieje, a w całym Rzymie mieszka zaledwie siedemdziesiąt tysięcy ludzi. 
– Lukrecjo, o czym ty mówisz? Przecież Rzym to wielomilionowa metropolia. Dziennie odwiedza to wieczne miasto wiele tysięcy turystów – powiedziałem, choć w duchu musiałem jej przyznać rację. Miasto, które znałem wyglądało w tej chwili zupełnie inaczej. Z miejsca, w którym staliśmy, aż do horyzontu nie było widać żadnych zabudowań, a przede wszystkim nie widziałem ulicy dei Fori Imperiali, która dzieli Forum od Hal Trajana. Dookoła były tylko ruiny.
– Chodź dalej, to coś zobaczysz. Tego ci nikt nie pokaże. Tam, gdzie za chwilę będziesz, nigdy nie docierają turyści, a to co zobaczysz, tego nie zobaczy nikt poza tobą. Wcześniej jednak wstąpimy na chwilę do kościoła, muszę się pomodlić. Jest to jeden z najstarszych rzymskich kościołów. Nie wymienia się go w przewodnikach. Ale to dobrze, bo należy do mnie. Lubię być często sama i modlić się, choć opowiadają o mnie takie rzeczy, że wstyd powtórzyć. Kordian! Nie wierz w to, co o mnie przeczytałeś lub co o mnie usłyszysz. To nieprawda – zamilkła na chwilę. Nie chciałem jej przerywać i szliśmy dalej milcząc. Po chwili odezwała się już wesołym głosem: – Spójrz, to jest właśnie mój ulubiony kościół, Santa Bonaventura.
Wieki odbiły na nim swe piętno. Jego stan określiłbym jako zaniechany. Miał jednak swój urok. Wyglądał trochę jak wyglądają niekiedy bardzo starzy ludzie, którzy swe życie przeżyli pogodnie, a pozytywne myślenie i optymizm wyryły na ich twarzach głębokie, sympatyczne bruzdy. Takie twarze, choć bardzo poorane zmarszczkami, bywają bardzo piękne w swej starości.
Lukrecja modliła się bardzo długo. Ja nie przywykłem do tak żarliwych i długich modłów, zacząłem więc z nudów oglądać wnętrze kościoła. Zamyśliłem się nad jakimś wyblakłym freskiem i moja przewodniczka musiała mnie obudzić z letargu.
– Chodź! Idziemy, już czas!
Pociągnęła mnie do drzwi, których wcześniej nie zauważyłem. Dodała szeptem: – Zaraz to zobaczysz. Chodź za mną! Otwórz te drzwi! 
„Chyba od wieków tych drzwi nikt nie otwierał” – pomyślałem. Z wielkim wysiłkiem udało mi się zrobić szczelinę, przez którą przecisnąłem się. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że Lukrecja czeka już na mnie po drugiej stronie. Trochę zdziwiło mnie to, ale nic nie powiedziałem, bo gdy znaleźliśmy się za drzwiami, nie było już śladu upału, panował natomiast bardzo przyjemny letni wieczór. Nie sądziłem, że tak długo przesiedzieliśmy w tym kościele. W ogrodach płonęły olejowe latarnie i oświetlające drogę pochodnie. Opodal, gdzieś w krzakach, rozległ się śpiew jakiegoś ptaka. Natychmiast odpowiedziały mu z pobliskich drzew inne. Staliśmy w milczeniu słuchając ich śpiewu. Stałem jak urzeczony.
Z mroku wyłoniła się grupa ludzi, niosących lektykę. Gdy zrównali się z nami, jakaś ręka uniosła zasłonkę i ukazała się męska głowa. – Ciao Lukrecjo, kogo przyprowadziłaś? – odezwał się niski męski głos, a niosący lektykę przystanęli na chwilę.
– To mój przyjaciel. Nazywa się Kordian. Przybył z dalekiego kraju.
– Jest Galem czy Saksonem?
– Nie, jest Słowianinem.
– Mam paru słowiańskich niewolników – odezwał się głos z lektyki.
– On przybył tu z własnej woli! 
– No, no! Co za czasy! Sami pchają się lwu w paszczę! Trzymaj się, śpieszę się, bo Neron będzie dzisiaj u Tyberiusza czytać swoje nowe poezje. A wiesz, że niebezpiecznie jest na taki wieczór się spóźnić. 
– Kto to był? I gdzie jesteśmy? – zapytałem Lukrecję, gdy lektyka oddaliła się..
– Stary przyjaciel. Spójrz tam – i pokazała mi nieopodal stojący ogromny pałac – to dom Flavia. Jego właśnie spotkaliśmy.
– Ale ten pałac jest prawie nowy. Ah, już wiem! Pewnie to kulisy do jakiegoś nowego filmu o Rzymie.
Moja wypowiedź tak rozbawiła Lukrecję, że jej wybuch śmiechu było słychać na całym Palatynie.
Z ciemności rozległ się jakiś zdecydowany głos: – Kto śmie w pobliżu domu Augusta śmiać się o tej porze? I w jednej chwili, jak spod ziemi, ukazał się groźny zastęp rzymskich żołnierzy. Szybko przybliżyli się do nas, a ich dowódca przytknął mi prawie do twarzy pochodnię, tak, że poczułem żar jej płomienia, drugi oświetlił twarz Lukrecji i natychmiast bardzo uniżonym tonem powiedział: – A to ty, Duchesse. Wybacz wielmożna Lukrecjo, nie poznałem w ciemnościach. Droga jest wolna. Możesz, pani, iść spokojnie dalej. Zastęp żołnierzy zniknął szybko, jakby się pod ziemię zapadł.
– Teraz jestem pewny, wiem, kim naprawdę jesteś. Jesteś aktorką. Zgadłem? – powiedziałem do Lukrecji.
Wywołało to nowy wybuch śmiechu, którego tym razem nie zakłócił żaden oddział zbrojny.
– Uroczy jesteś! – powiedziała, a jej perlisty śmiech odbijał się echem od sąsiednich pałaców.
Pewnie bym się obraził za te wybuchy śmiechu, ale jej serdeczny uśmiech złagodził moje dąsy. – Popatrz jak ładnie oświetlone są te mury – powiedziałem wskazując na oddalone od nas o kilkadziesiąt metrów zabudowania pałacowe.
Lukrecja, śmiejąc się ciągle, powiedziała: – To świątynia Apollona, a za nim dom Augusta, a z prawej pałac Liwii.
– Wspaniale zrobione są te dekoracje. Znam się trochę na tym. Pracowałem dorywczo w pewnym teatrze jako scenograf.
Wywołało to jej kolejny wybuch śmiechu. Widząc jednak, że poczułem się jej wesołością dotknięty, podeszła do mnie i pocałowała mnie w policzek. Jej usta były wilgotne i chłodne. Sprawiło mi to wielką rozkosz, zapomniałem natychmiast o obrażaniu się i cały Palatyn rozbrzmiewał naszym wesołym śmiechem. 
– À propos filmu, bardzo cenię włoskie filmy z czasów Felliniego. To było dobre kino. Ten reżyser miał na mnie wielki wpływ – powiedziałem, gdy uspokoiliśmy się.
– Kto wymawia tu moje imię? – usłyszałem tuż za naszymi plecami czyjś głos. – Nie mam wiele czasu. Muszę iść, bo kręcimy nocne sceny. A, to ty, Lukrecjo?
– Ciao, Federico. Poznaj mego przyjaciela. To Kordian. Jest twoim fanem. Lubi twoje filmy – powiedziała moja przygodna przyjaciółka.
– Bardzo mi miło. Ja też lubię moje filmy. Ale trzymajcie się dzieci. Lecę. Czekają na mnie. Gdy zobaczycie Marcello, to powiedzcie mu, że zaraz kręcimy w Colosseum. Ciao, Lukrecja, Ciao, Kordian.
– Mam rację! Wiedziałem, że jesteśmy na planie filmowym. Ten Fellini był bardzo dobrze ucharakteryzowany. Mógłbym przysiąc, że widziałem jego samego – powiedziałem.
Lukrecja nic nie odpowiedziała, ścisnęła mi tylko dłoń i powiedziała: – Wiesz... muszę już odejść. Zostawię cię samego. Na końcu tej ścieżki, tuż za rogiem jest wejście do kościoła. Wyjdź tak jak weszliśmy, głównymi drzwiami. Nie gniewaj się, że zostawiam cię samego. Na mnie już pora. Ciao – powiedziała, pocałowała mnie w policzek i pobiegła. Jeszcze z daleka krzyknęła: – Wpadnij koniecznie jutro o dziesiątej do In Sigillo. Tylko na pewno! Będę tam na ciebie czekać. Musisz przyjść! Pojedziemy do mego brata. Powinieneś koniecznie go poznać. Jeszcze nie skończyła wymawiać ostatnich słów, a jej zgrabna sylwetka zrobiła się jakby przezroczystsza i po chwili już jej nie widziałem, choć powinienem, bo ścieżka była dobrze oświetlona. Ale nie zawracałem sobie już tym głowy. Przypomniałem sobie o tym dopiero później.
Wszedłem z powrotem do kościoła, ale w panujących tam ciemnościach nie mogłem odnaleźć drzwi, którymi weszliśmy. Pomyślałem, że być może jest jakieś inne wyjście z Palatynu i wróciłem na wzgórze. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że na Palatynie jest jasno i bardzo gorąco. Uszczypnąłem się w udo i syknąłem z bólu. To nie sen. Gdy spojrzałem na oświetlone zachodzącym słońcem wzgórze, zobaczyłem dobrze znany mi z filmów Felliniego, ale również z licznych fotografii, widok Palatynu; ruiny po pałacach. Nigdzie nie widziałem ani jednego całego budynku, nie licząc klockowatego muzeum. Cóż ze mną jest, u licha! Ten upał pomieszał mi w głowie. Chyba śnię na jawie. A może mam halucynacje? 
Z przewodnika po Rzymie wiedziałem, że wyjście znajduje w pobliżu Ogrodów Farnese. Ogrody te jeszcze w wieku szesnastym założył kardynał Alessandro Farnese. Postanowiłem tam poszukać wyjścia. Przeszedłem w pobliżu ruin domu Flavia. To tu przecież przed chwilą, spotkałem lektykę Flavia i samego Felliniego. Przedtem wokoło stały ogromne pałace. Oszaleję. Wszystko się przez ten upał plącze. Chyba majaczę!
Wchodząc na wzgórze, zobaczyłem z daleka pomarańczowy sad. „To chyba tutaj” – pomyślałem. Gdy dotarłem do końca, stanąłem nad urwiskiem jak wryty. Przede mną roztaczał się wspaniały widok. Słońce chowało się właśnie za horyzontem, a ruiny Forum Romanum, oświetlone zorzą czerwonego nieba zdawały się płonąć. Tylko na końcu Via Sacra Łuk Septimusa Severiusa tonął już w głębokim błękitnym cieniu rzucanym przez dominujący na szczycie Kapitolu pomnik Emanuela II. Rzym był znowu na swoim miejscu. Po ulicy dei Fori Imperiali pędziły jak każdego dnia samochody... Stałem w bezruchu, obserwując z wolna zapadające w mroku miasto. Colosseum świeciło, iluminowane pomarańczowym światłem. Cudowny jest Rzym, gdy zapalają się światła. 
Byłem jedynym turystą na wzgórzu. Nie miałem kogo zapytać o drogę, a gwałtownie robiło się ciemno. Nie zauważyłem nigdzie drogi prowadzącej do wyjścia. W tym miejscu Forum Romanum od Palatynu dzieliła przepastna kilkunastometrowa pionowa ściana. Rozglądałem się wokoło bezradnie. Dopiero po chwili zauważyłem ledwo widoczne, zatopione w głębokim cieniu, wiodące w dół schody. Zapadający szybko zmrok zmusił mnie do przyśpieszenia kroku. Gdy wydawało mi się, że już z łatwością odnajdę drogę do hotelu, zauważyłem na dole dwóch karabinierów. Stali w rozkroku na najniższym stopniu. Pewnie zauważyli mnie wcześniej i teraz oczekiwali, kiedy do nich zejdę. 
– Co pan tutaj robi? Dlaczego nie opuścił pan wzgórza o oznaczonej porze? Już od godziny Palatyn jest zamknięty. Nie wie pan, że przebywanie po zamknięciu jest wzbronione?
– Byłem z jedną znajomą, która musiała wcześniej wyjść. Potem zgubiłem się, straciłem poczucie czasu. Ona mnie tu przyprowadziła – tłumaczyłem się.
– Kto, jaka ona? Kim jest ta ona? – zapytał dowódca karabinierów.
– Na imię ma Lukrecja, a nazwiska nie znam. Chyba jest aktorką.
Obaj karabinierzy popatrzyli na siebie i zgodnie pokiwali głowami. Jeden z nich powiedział: – Znowu jest. Ostatnio pojawiała się tutaj przed siedmioma laty. Ukazuje się co jakiś czas już od kilkudziesięciu lat.
– Ale to niemożliwe. Ona ma nie więcej niż dwadzieścia parę, najwyżej trzydzieści lat – oponowałem.
Obaj stróże porządku równocześnie wybuchnęli śmiechem. – Lepiej niech pan idzie do hotelu. Gdzie pan mieszka?
– W hotelu na placu Weneckim – odpowiedziałem.
– To najlepiej niech pan idzie do Łuku Tytusa, zresztą odprowadzimy pana aż do Colosseum. Potem pójdzie pan w lewo Via dei Fori Imperiali, dojdzie pan do swojego hotelu lub wsiądzie pan do autobusu i pojedzie dwa przystanki. To niedaleko. A tutaj, w pobliżu Forum Romanum, włóczyć się o tej porze jest bardzo niebezpiecznie. Może się panu coś przytrafić!
– Albo może pan jakąś chorobę złapać... – dodał drugi i obaj karabinierzy ponownie wybuchnęli gromkim śmiechem.
Za Łukiem Tytusa, zobaczyłem, co mieli na myśli. Szereg roznegliżowanych panienek kusiło swymi wdziękami przechodniów, proponując im swoje usługi, odsłaniając już i tak prawie nagie ciała.
– Lepiej niech pan się tutaj nie zatrzymuje. Lukrecja może pana skarcić. Nie lubi tych panienek. – Obaj roześmiali się głośno.

 Nic nie zapowiadało tego, co w tym dniu miało się wydarzyć. Pogoda, w porównaniu z wczorajszym dniem, poprawiła się zdecydowanie i od samego ranka świeciło słońce. Deszcze, prawie dwa tygodnie lejące w całej Europie, zniechęciły ludzi do opuszczenia swoich pieleszy. Ale tego dnia było inaczej. Temperatura skoczyła w górę, a bezchmurne niebo wróżyło nareszcie ciepłe lato.

Gero, zadowolony z nagłej zmiany aury, wstał z łóżka w doskonałym humorze. Kilka minut później pędził sportowym rowerem po nieco mokrej jeszcze szosie w kierunku leżących w dolinie Ahru winnic. Jeszcze wczoraj pokłócił się ze swoim szefem i w fatalnym nastroju opuścił redakcję lokalnego tygodnika. Miał dosyć pisania tekstów wychwalających miejscowych notabli lub opisywania zebrań hodowców królików czy miniaturowych kogucików. Może nie zrobiłby tego, gdyby nie rozmowa z redaktorem naczelnym bońskiego dziennika, który obiecał mu bardziej intratną współpracę. Co prawda, nie zaproponowano mu stałego uposażenia, a tylko współpracę, ale jak sobie obliczył, miesięcznie powinien zarobić więcej na dwóch lub trzech artykułach, niż w tym szmatławcu, jak nazywano popularnie jego macierzysty tygodnik. Uwolniony od nielubianej pracy, w dobrym humorze pędził przed siebie, radując się słońcem. W tej chwili pragnął tylko jednego: wyłączyć się od wszystkiego i rozkoszować piękną przyrodą.

Wiele sobie obiecywał po pobycie w małej wsi Vettelhoven, położonej około 15 minut jazdy samochodem od Bonn, a leżącej tuż pod lasem rozciągającym się daleko do Belgii. Szczególnie latem, przepojone aromatem łąk i lasu powietrze, pachnie prawie do godzin południowych.

Wieś leży na płaskowyżu i nikt z przyjezdnych nie domyśla się, jaka niespodzianka czeka go niespełna trzy kilometry od jego wakacyjnej kwatery. Stąd prowadzi droga do znanej z produkcji czerwonego wina miejscowości położonej już w dolinie rzeki Ahr, Dernau.

Gero mieszkał w Bonn dopiero od dwóch lat i nie znał jeszcze dobrze tych okolic, bowiem jako dziennikarz obsługiwał miejscowości położone bliżej Renu.

Rozpędził kolarzówkę, by się rozkoszować zjazdem serpentynami. Gdy przy kolejnym zakręcie zobaczył pomiędzy drzewami panoramę rozciągających się na zboczach doliny winnic, dziwnie zawirowało mu w głowie i zachwiał się. Zwolnił rower na tyle, by zobaczyć, czy nie złapał gumy. Zerknął szybko na koła, i stwierdził, że wszystko jest w porządku. Puścił hamulec i zaczął znowu nabierać szybkości ze stromej góry.

Droga stawała się coraz bardziej kręta. Przy następnym bardzo ostrym zakręcie, wszystko ponownie zawirowało mu w oczach i czuł jak traci kontrolę nad rowerem. W powietrzu, w tej samej chwili, rozległ się złowrogi pomruk przypominający odgłosy burzy. Kątem oka zauważył skaczące po jezdni tuż obok niego, oderwane od nawisu skalnego olbrzymie głazy, jakby nic nie ważyły. Z ogromnym wysiłkiem udało mu się je ominąć, wjechał jednak na rozmiękłe, nasiąknięte długo padającymi deszczami pobocze drogi i poczuł, że toczy się z wysokiego urwiska w dół. Miejsce to, na szczęście, było porośnięte gęstą trawą, która złagodziła upadek. Leżąc w dole, w pierwszym momencie nie wiedział, co się stało, dopiero po chwili dotarło do jego świadomości - trzęsienie ziemi. Zszokowany, leżał w dalszym ciągu bez ruchu. Po kilkunastu sekundach spokoju nastąpił następny wstrząs, ale krótkotrwały i ziemia wydała odgłos jakby grzmotu, który odbił się echem od góry. Gero usłyszał jak w pobliżu przetaczają się olbrzymie głazy.

Gdy się uspokoiło, rozejrzał się wkoło, by sprawdzić swoje położenie. Znalazł się w głębokim jarze. Nad nim wisiało skalne urwisko, na górze porośnięte sosnami, a dół porastała trawa i mchy. Leżał na dnie wśród omszałych kamiennych tablic. Czekał chwilę, co się jeszcze wydarzy. Nie był pewny, czy trzęsienie ziemi się powtórzy, ale zdawał sobie również sprawę z niebezpieczeństwa, jakie mu może zagrażać, gdy pozostanie w tym miejscu. W każdej chwili skały mogły się stoczyć na niego. Powietrze zalegała śmiertelna cisza. Natura zamilkła, jakby w oczekiwaniu na dalsze wydarzenia. Napięcie rosło...

Z wolna wracała mu świadomość. Żyje! Miał szczęście, że minął na czas wiszący tuż nad ulicą nawis skalny i potężne wielotonowe głazy w większości runęły tuż za nim, tocząc się przez szosę w głąb doliny, a nie doturlały się do rowu, w którym leżał. Do tej pory żadne takie zjawiska nie nawiedzały tej okolicy; przynajmniej o niczym podobnym nie słyszał.

Powoli dotarło do niego, co naprawdę się wydarzyło. Zaczął odczuwać ból. Próbował poruszyć głową, było wszystko w porządku; ale zauważył, że w czasie upadku rozbił kask ochronny. — Pewnie uderzyłem o jakiś głaz — pomyślał. Ręce, oprócz tego, że czuł silne potłuczenia i otarcia, były sprawne. Próbował usiąść. Pomimo bólu w ramieniu, podpierając się łokciem usiadł na kamiennej płycie. Zauważył, że z rozciętego kolana sączy się krew. Rozejrzał się po miejscu, w którym się znalazł i zauważył, że leżące płyty są powalonymi nagrobkami, a on znajduje się na jakimś maleńkim cmentarzu. Na leżących płytach nagrobnych czas pozostawił ślad. Prawie wszystkie leżały powalone na ziemi, niektóre z upływem czasu widocznie same przytuliły się do ziemi, a trzęsienie dokonało reszty zniszczenia. Gero zauważył, że napisy na tablicach były w języku hebrajskim. Uświadomił sobie, że znalazł się na jakimś cmentarzu żydowskim. Wstał i rozglądał się, czy nie zagraża mu niebezpieczeństwo od zwisających nad nim skał i czy powalone drzewa, wiszące groźnie nad urwiskiem nie obsuną się na niego? Wstał z trudem i zrobił krok, by wydostać się na ulicę, biegnącą parę metrów wyżej... i jego noga ugrzęzła, zapadając się po kolano w rozmiękłej ziemi. Wytężył wszystkie siły, by wygramolić się z tej pułapki, wtedy poczuł, że ziemia pod nim się obsuwa i znalazł się w jakimś dole. Tkwił niemal po pachy w dziurze. Nie miał wątpliwości — znalazł się w grobie.

— Jeszcze tego mi brakowało — pomyślał. — Planowałem wspaniały urlop i nowe życie, a tu masz ci los. Sterczę po szyję w grobie. Wewnętrzny głos podpowiadał mu — nie przesadzaj, Gero, nie po szyję, a tylko do pasa. Masz może swój temat. Może masz newsa.

Myśl, że znalazł interesujący temat artykułu, od razu dodała mu sił, a ciekawość pchnęła go do działania. Postanowił sprawdzić, co znajduje się w dziurze. Zapominając o bólu w ramieniu i w nodze, rozgrzebywał gołymi rękoma zmurszałą ziemię.

Po jakimś czasie otwór był na tyle duży, by na wysokości kolan odkryć jakieś spróchniałe deski, te które załamały się pod jego ciężarem, gdy usiłował się wydostać z dołu. Wyjął jedną z nich, która była w lepszym stanie. Teraz miał już narzędzie do pomocy. Nabierał ziemię deską i wysypywał ją na zewnątrz. Na szczęście gleba była dość pulchna i wkrótce ujrzał poszycie z desek. Po wyłamaniu reszty, zobaczył, że był to prymitywnie wykonany drewniany sarkofag, a on stał tuż przy podkurczonych nogach leżącego w nietypowej, jak na nieboszczyka, pozie. Szkielet leżał, nienormalnie wygięty, na prawym boku. Wyjął telefon komórkowy i sfotografował wnętrze grobu. Ocenił na pierwszy rzut oka, że grób może mieć więcej niż kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset lat. Nie mógł rozpoznać dokładnie w co ubrany był nieboszczyk, bo okrywały go tylko resztki strzępów materiału. Gdy próbował odsłonić z piersi kościotrupa coś, co kiedyś było okryciem zmarłego... tkanina rozpadła się na proch przy dotknięciu i ukazał się leżący na dnie grobu sztylet. Uwagę jego przykuł wystający rulon pożółkłego papieru, który nieboszczyk trzymał w ręce, przyciskając ją do piersi. Przyglądając się zwłokom dostrzegł, że czaszka jest nienormalnie przekręcona, jakby nieboszczyk miał skręcony kark. — Dlaczego szkielet leży na boku? Czyżby Żydzi w ten sposób chowali swoich zmarłych? — zastanawiał się. Zrobił kilka dalszych ujęć i ostrożnie próbował wysunąć z ręki kościotrupa zwój, ale papier zaczął się kruszyć. Rulon z biegiem czasu przykleił się do kości dłoni. Przeżegnał się, choć nie był zabobonny i poruszył szkielet. Resztki tkaniny rozsypały się, a zwój tkwił nadal w ręce kościotrupa. Nie mógł wyciągnąć w żaden sposób roli, by nie uszkodzić papieru. Sfotografował zbliżenie dłoni trzymającej rulon. — Nigdy nie wiadomo, jeszcze może się przydać. Tak przynajmniej robią prawdziwi detektywi — powiedział do siebie.

— Muszę ci trochę wyłamać palce — tłumaczył nieboszczykowi, czynił to z obrzydzeniem, ale zmysł dziennikarski podpowiadał mu, że musi to zrobić. — Wybacz, że zakłócam ci spokój — powiedział szeptem i znalezionym sztyletem wyłuskał rulon z uchwytu. Po chwili oba przedmioty, owinięte w jego przeciwdeszczową kurtkę, ostrożnie przymocował taśmą klejącą do rurki roweru.

— Sprawdzę to w pensjonacie. A teraz tylko stąd się wydostać — pomyślał. Był młodym i wysportowanym człowiekiem, ale wydostanie się z grobu z powodu potłuczeń sprawiło mu trudność. Stojąc nad grobem, popatrzył na rozgrzebane miejsce i postanowił zasypać go, na ile to możliwe. — Spoczywaj w pokoju — powiedział, gdy ziemia znalazła się znowu w dole. Nie przejmował się zbytnio, że ziemia nie wypełniła całego dołu.

Sprawdzając stan swego roweru zauważył, że tylko kierownica była skrzywiona i kilka szprych należało wyregulować. Można powiedzieć, że rower ucierpiał tak samo niewiele jak jego właściciel. — Chyba dojadę ten kawałek — pomyślał.

Po chwili stał już na szosie z rowerem gotowym do powrotu. Porozglądał się po okolicy i stwierdził, że oprócz oberwania skały i powalenia na skarpie kilku drzew nic się w tym miejscu nie wydarzyło. Nie było także w pobliżu ani jednego człowieka i nie pokazał się żaden samochód. Prawdopodobnie o tej porze wszyscy okoliczni mieszkańcy byli w pracy.

Gdy zjawił się w pensjonacie, spotkał swego gospodarza, który badał budynek po trzęsieniu ziemi.

— Jak było? — zapytał Gero. — Mnie złapało na zjeździe do Dernau. Wylądowałem w rowie i skończyło się na małych potłuczeniach.

— Kolano musi pan szybko zdezynfekować, bardzo krwawi. Niech się pan wykąpie, bo wygląda pan jakby dopiero co z grobu wyszedł. Za chwilę przyniosę panu opatrunek.

— Nie myli się pan wcale. A jak pańskie szkody?

— Na szczęście nic wielkiego. Byłem akurat w pracowni, gdy dom się zatrząsł. Poprzewracało mi płótna. Ale w samym domu poza paroma rysami w tynkach innych szkód nie ma. Ważne, że dach wytrzymał wstrząs i żadna dachówka nie spadła nikomu na głowę. Podłoże tutaj gliniaste, rozmiękło po tych ciągłych ulewach, to widocznie zamortyzowało wstrząs i obyło się bez wielkich strat. Mam nadzieję, że trzęsienie się nie powtórzy. Podobne mieliśmy tutaj przed kilkoma laty. No, niech pan już idzie i weźmie prysznic, za kwadrans będę u pana z opatrunkiem — powiedział gospodarz.

Gdy Gero siedział z opatrzonym kolanem, zapytał swego gospodarza: — Wiem, że pan maluje i restauruje obrazy, a zna się pan na restauracji lub konserwacji papierów?

— Trochę! Do tej pory ratowałem jedną zabytkową grafikę, była w bardzo złym stanie. A dlaczego pan pyta?

— Mam pewien stary rulon papieru, chciałbym, by nie uległ zniszczeniu podczas rozwijania.

— Ma go pan tutaj?

— Tak, to ten — powiedział Gero, wskazując na leżący na stole zwój. Gospodarz wziął rulon ostrożnie w ręce i oglądał z każdej strony.

— Już na pierwszy rzut oka widać, że to jest bardzo wiekowy dokument. I został niedawno znaleziony. Jeszcze czuć go stęchłą ziemią. Widzę też, że pan próbował go rozwijać.

— No, coś w tym rodzaju – skłamał, przemilczając, że uszkodził rulon podczas wyciągania z dłoni umrzyka.

— To pilne?

— Raczej tak. Chciałbym to zrobić jak najszybciej, to taka ciekawość dziennikarska.

— Dobrze, może wpadnie pan do nas na obiad, a po obiedzie pójdziemy do atelier i spróbujemy to rozwinąć. Może to potrwać parę godzin. Ten papier stracił lepiszcze — tłumaczył gospodarz. — W średniowieczu, by papier nie wchłaniał za dużo atramentu, klejono go tylko powierzchownie. Chodziło o uniknięcie efektu bibuły. Używano wtedy klejów roślinnych lub zwierzęcych. Bakterie lub pleśń żywią się takimi środkami i dlatego nie wierzę, by pozostały tam jakiekolwiek ślady kleju. Musimy rozwijać rulon na mokro i nakleić na elastyczne podłoże, by po rozwinięciu nie rozsypał się.

— Mam go już namoczyć, żeby poszło szybciej?

— Niech pana ręka Boska broni. Mógłby się cały skleić i zostałaby tylko miazga nie do uratowania.

* * *

— Trudno powiedzieć dokładnie jak stary jest ten papier — powiedział Anton, gdy znaleźli się w atelier. — Zna pan zapewne niemieckiego kupca i amatora archeologa, Henryka Schliemanna, który pod koniec dziewiętnastego wieku wygrzebywał zabytki, nie robiąc żadnej dokumentacji. Dzisiaj wiemy, jakie straty z tego powodu poniosła archeologia i kultura. Wiele można dowiedzieć się o przedmiotach, gdy bada się całe znalezisko. Powracając do tej tajemniczej roli papieru, można o niej też wiele powiedzieć. Uważam, że znalazł ją pan dzisiaj, bo, jak powiedziałem, są na niej resztki ziemi, a papier czuć stęchlizną i jest trochę wilgotny. To jest plus, bo być może, gdyby wysechł zrobiłaby się jednorodna masa.

— Ma pan rację — powiedział Gero. - Znalazłem go dzisiaj. A sposób, w jaki pan rozumuje, wskazuje, że nie będę musiał u nikogo szukać pomocy. Nie spodziewam się bynajmniej, że znajdę dzięki niemu skarb, ale mam nadzieję, że będę miał dobry artykuł do gazety.

— W porządku, z przyjemnością się przyłączę, jeśli taka jest pańska wola. Czasem rozwiązanie jakiejś zagadki może przynieść więcej zadowolenia niż skarb, nie mówiąc o przyjemności dociekania. Interesuje mnie otoczenie, w jakim pan to znalazł. Każdy szczegół może dostarczyć nam wiadomości o tym dokumencie. Chętnie pomogę, na ile będę mógł. I jeszcze jedno — jeżeli mamy robić coś wspólnie, to proponuję zwracać się do siebie po imieniu. Mam na imię Anton.

— A ja nazywam się Gero. Bardzo mi przyjemnie, Anton.

— A teraz, Gero, do roboty! Przygotowałem tymczasem odpowiednią mieszaninę, nie będę cię nudził szczegółami, krótko mówiąc jest to mieszanina klejąca. Nasączyłem nią przed chwilą bardzo cienką siatkę, na którą postaramy się nawinąć nasz papier.

— Dlaczego na siatkę, a nie na inny papier? Widzę taką siatkę pierwszy raz.

— Bo gdyby okazało się, że tekst pisany jest po obu stronach, co się często zdarzało, gdy papier był drogi, nie moglibyśmy odczytać tekstu. Pod siatką jest przezroczysta bibułka japońska, by wzmocnić całość, w razie potrzeby namoczymy ją i zdejmiemy. A siatkę sam zrobiłem, wyciągając nitki z nylonowej tkaniny do sitodruku.

Obaj mężczyźni pochylili się nad stołem, gdzie był przymocowany do płyty długi, nasączony specjalnym klejem papier z nałożoną na nim siatką. Anton dokładnie przyglądał się zwojowi pod lupą.

— Szukam początku roli. Papier jest tak zmurszały, że nie bardzo widać, skąd mam zacząć. — Po chwili Anton powiedział — Myślę, że znalazłem. Widzisz? Tu, w tym miejscu jest znaczne zgrubienie, a pod lupą wyraźnie widać zwoje. Może nie będzie źle. Teraz pędzlem ostrożnie nawilżę destylowaną wodą połowę zwoju, nie za dużo, by nie wsiąkła zbyt głęboko, tylko tyle, by papier stał się elastyczny i można było go rozwinąć. Musimy chwilę odczekać, aż woda wsiąknie w głąb pierwszej warstwy. Może w tym czasie opowiesz, gdzie go znalazłeś?

— Ależ, oczywiście. W drodze do Dernau na jednym z zakrętów jest stary żydowski cmentarz. Tam, podczas drugiego wstrząsu, się stoczyłem. Gdy chciałem wstać, wpadłem do grobu i w nim w ręce nieboszczyka zobaczyłem ten rulon. Mam jeszcze ten oto sztylet, który leżał w grobie — a poza tym porobiłem zdjęcia.

— No, to bardzo dobrze. Bo oględziny na miejscu byłyby niemożliwe, gdyby nas ktoś zobaczył, że bez pozwolenia grzebiemy w grobach, mogłoby się to źle skończyć. A uzyskanie pozwolenia trwałoby wieki. Można to określić jako przypadkowe odkrycie. Mam nadzieję, że nikt cię nie widział.

— Jestem tego zupełnie pewien.

— To dobrze, ale i tak planujesz napisać o tym artykuł, więc nie popełnimy przestępstwa, bo znajdzie się to w prasie. Nieczęsto się zdarza, że ktoś jest grzebany z papierem w ręku. Czy w grobie było coś jeszcze? Ale spróbujmy już odwinąć kawałek zwoju.

Anton nałożył ostrożnie rolę na siatkę, która w tym czasie już lekko przeschła i klej zrobił się lepiący. Włożył do środka roli okrągły kawałek drewna i dociskając go, bardzo wolno rolował rękopis po siatce. Po chwili można było zauważyć naklejony na płótno kawałek odwiniętego papieru.

— Bardzo ważne, by klej na siatce nie był za mokry, bo inaczej papier się nie przyklei. Sama wilgotność papieru wystarcza, by zwój odklejał się i przylegał do podłoża. Teraz powtórzymy zabieg z nawilgoceniem roli. Niestety, jest to mozolna praca, ale mam nadzieję, że nam się uda — powiedział Anton, nasączając rolę. — Może zechcesz pokazać zdjęcia, które zrobiłeś?

— Ależ, oczywiście. Zobacz! — odpowiedział Gero i włączył telefon.

— Masz w nim Bluetooth? — Gero potwierdził skinieniem głowy. — To prześlemy zaraz zdjęcia na mój laptop, bo na tym ekranie nie zobaczymy wiele. Ale najpierw spróbuję odwinąć następne kilka milimetrów. Włącz, proszę, komputer, a ja zajmę się rolą.

— Dobry pomysł! — powiedział Gero.

Jeszcze chwilę Anton zajęty był pracą nad zwojem, a Gero kończył przesyłanie zdjęć.

— To pierwsze ujęcie zrobiłem, gdy wpadłem do grobu — tłumaczył Gero. — Zobacz, tutaj, nieboszczyk leży na boku. Gdy chciałem złapać jego odzież, rozsypała się i ukazał się za jego plecami sztylet — opowiadał Gero.

— Zastanawiam się nad tym nożem. Dlaczego leży za plecami i ostrzem skierowanym do góry? Pokaż następne zdjęcie. Na nim wyraźnie widać, że nieboszczyk leży na prawym boku, a rękę ze zwojem ma na piersiach. Nogi podkurczone jakby w nieładzie. W takiej pozycji nikt ludzi nie chowa. Spróbuję znowu rozwinąć kawałek, bo klej może nam za bardzo przeschnąć. — Pochylony nad rozwiniętym kawałkiem papieru Anton, oglądał go pod lupą. — Jeszcze nic na nim nie widać — stwierdził — ale mamy już jeden centymetr rozwinięty. Jest dobrze, rola się nie skleiła. Można już rozpoznać, że jest to papier ręcznie czerpany, wyraźnie widać jeszcze fakturę siatki. Gdy rozwinę więcej, może dowiemy się czegoś o jego produkcji. Stare papiery miały często znak wodny z rokiem produkcji lub nazwą papierni, w której go wyprodukowano, co może dać nam wskazówkę, przynajmniej w przybliżeniu, co do daty morderstwa — powiedział Anton, siedząc znów przed monitorem i przyglądając się zdjęciom.

— Morderstwa?

— Tak, jestem niemal pewny, że to było morderstwo. A o tym powie nam może ten dokument i twoje zdjęcia!

— Nic nie rozumiem. Skąd masz pewność, że to było morderstwo? — zapytał Gero.

— Jeszcze nie pewność, a przypuszczenie. A skąd? Słuchaj! —Anton obrócił się w stronę Gera. — Wyglądało to być może tak. Temu biedakowi wbito sztylet w plecy. Potem wrzucono go do grobu, nie dbając jak. Zwróć uwagę, że nogi ma dziwnie podkurczone. Gdyby go włożono żywego do grobu i tam go dopiero zakłuto, toby się bronił, a na to nie wygląda, bo broniąc się, patrzyłby na swoich oprawców. Czyli wychodzę z założenia, że wrzucono go do dołu nieżywego. Upadając mógł sobie jeszcze skręcić kark. Nie podejrzewam, aby pochowano go rozmyślnie na boku. Druga sprawa, sztylet na zdjęciu w grobie skierowany jest ostrzem do góry. Może to świadczyć o tym, że tkwił tak długo w ciele zabitego, dopóki się nie zamieniło w proch, a potem osunął się rękojeścią, czyli cięższą stroną w dół. Popatrz teraz na to drugie zdjęcie, wyraźnie widać, że jego prawa ręka jest podkurczona, a gdybyśmy sobie wyobrazili go w ubraniu, to mógłby trzymać ją jak Napoleon, za pazuchą. Wygląda to jakby umierając sprawdzał, czy pismo znajduje się pod pazuchą, lub ukrywał je tam. Prawdopodobnie mordercy albo nie zwrócili na to uwagi, albo zlekceważyli ten fakt. Jeżeli morderstwa dokonali w pośpiechu lub o zmroku, to jest to bardzo prawdopodobne. Ale spróbuję dalej rozwinąć zwój — kończył Anton.

— Mam pomysł — powiedział Gero. — Później pojadę tam jeszcze raz i obejrzę cały cmentarz. Nawet gdyby ktoś ten świeżo rozkopany grób już odkrył, to dziennikarz powinien być na miejscu i to sfotografować. No nie? Wezmę tym razem mój profesjonalny aparat. Być może będziemy potrzebowali zdjęcia lepszej jakości. Ale teraz spróbujmy dalej rozwinąć rolę.

— Mamy już rozwinięte prawie trzy centymetry, ale tekstu ani śladu — skonstatował Anton.

— Wiesz co, Anton? Jestem zbyt niecierpliwy, a nie chcę ci przeszkadzać. Pojadę lepiej zaraz na ten cmentarz i zrobię kilka ujęć cmentarza w lepszej jakości. Będę je może potrzebował do mojego artykułu. W tym czasie może uda ci się ten zwój w spokoju rozwinąć.

Gdy Anton mozolnie moczył pędzlem rolę, obserwując, jak woda wsiąka w papier, samochód Gera ruszył w stronę doliny. Po kilkunastu minutach był już na miejscu i zaparkował swojego golfa na parkingu tuż przy platformie widokowej. Wszedł na nią i spojrzał na leżącą kilkadziesiąt metrów w dole miejscowość Dernau. Nic nie wskazywało na to, że w związku z trzęsieniem ziemi cokolwiek szczególnego się wydarzyło. Drogą wzdłuż Ahru jeździły, maleńkie, z tej wysokości, jak zabawki, samochody. Ludzie wyglądający jak przecinki, prowadzili rozmowy zapewne o wydarzeniu sprzed południa.

Z aparatem gotowym do zdjęć przeszedł przez ulicę i stanął nad jarem, w którym leżał maleńki cmentarz. Nagrobki leżały w bezładzie, niektóre dawniej przewrócone, porosły już wysoką trawą. Fotografował cmentarz z różnych stron. Wdrapał się także na strome pobocze, wznoszące się nad cmentarzem i robił ujęcia z góry. Potem ześliznął się w dół i robił zdjęcia nagrobków. W czasie, gdy fotografował groby, przejechało kilka samochodów, ale kogo by interesował jakiś stary, zapomniany, żydowski cmentarz, którego i tak z samochodu nie było widać.

* * *

Anton rozwinął w tym czasie połowę roli i przez lupę szczegółowo oglądał papier. Nie było na nim nic zagadkowego. Na środku była, ledwo widoczna, wyrysowana tabelka. W poziomie było pięć kratek, w których były wykaligrafowane cyfry. W pionie widoczne zaś były dopiero trzy niecałe kratki, reszta roli była jeszcze zwinięta. Na brzegu odwiniętej roli zauważył, również ledwo widoczny fragment jakiegoś znaku wodnego, prawdopodobnie znak wytwórcy papieru. Gdy odwinął rulon jeszcze bardziej, obejrzał go dokładnie pod lupą i nie zwlekając zaczął szukać czegoś o tym znaku wodnym w Internecie. Od czasu do czasu wracał do swej pracy.

* * *

Gdy Gero wrócił z wypadu na cmentarz, Anton odsłonił już cały rysunek. Pozostał mu jeszcze dół zwoju, ale nie spodziewał się znaleźć tam nic więcej. Doświadczenie nauczyło go jednak cierpliwości. Gero czekał, aż Anton ukończy rozwijanie ostatnich milimetrów. Obaj równocześnie zauważyli, że na samym brzegu widoczny jest następny znak wodny. Był to tekst: CRACOVIA.

— No i jak wygląda nasz zwój? — zapytał Gero.

— Trudno powiedzieć… Wiemy, że papier został wyprodukowany w Krakowie. A dokument wygląda tak! — powiedział Anton i wskazał na rozwinięty arkusz.

3

1

1

1

9


2

2

6

7


3

4

3

3

5

5

4


D


8

1

9

6


Menorah


Okowy zmysłów