"Rowerem na konic świata" fragment

...Chambord Pałac pełen tajemnic

 

   By dojechać do pałacu Chambord, musieliśmy dostać się na drugi brzeg Loary. Most znaleźliśmy w miasteczku Mer. Przebycie go nie było łatwe, bo był bardzo, bardzo wąski i długi, sznur samochodów jeszcze dłuższy, a kierowcy spychali nas na konstrukcję mostu. Szczęśliwie udało nam się przejechać i po kilkuset metrach zjechaliśmy na mniej uczęszczaną drogę. Po kilku kilometrach wjechaliśmy przez bramę do pałacowego parku. Cały teren o wielkości 5407 hektarów – czyli tylu ile liczy powierzchnia Paryża – ogrodzono murem o długości 32 kilometrów. Były, i do dzisiaj są to tereny łowieckie – dawniej królów, a dzisiaj polityków. Oprócz polityków można tam zobaczyć sarny, jelenie, dziki a także inne mniejsze zwierzęta łowne. Niestety nam niczego z tej listy nie było dane spotkać. Kilka kilometrów jechaliśmy przez park. Czasem mijały nas samochody. Wreszcie dojechaliśmy do ronda. Z lewej strony, pomiędzy drzewami, można było dostrzec zamek. Widok, jaki ujrzałem, przeszedł moje wszelkie oczekiwania. Dosłownie zaparło mi dech w piersiach. Zobaczyłem duży fragment fasady pałacu z niezliczonym wieżami i kominami, które odbijały się w fosie. Takiego przepychu i bogactwa architektonicznego, widocznego już z daleka, nie widziałem jeszcze nigdy i nigdzie. Dachy zamku ozdabia 365 wieżyczek z lukarnami i kominami. W pałacu znajdują się 282 kominki, 426 komnat, 77 klatek schodowych, 800 rzeźbionych kapiteli. Wybudowany jest w stylu renesansowej architektury obronnej. Widoczne cechy obronne pałacu są właściwie bez znaczenia. Plan zabudowy odzwierciedla ideę Civitas Dei, która towarzyszyła całemu średniowieczu. Masywna podstawa pałacu symbolizuje ziemię, plan krzyża wskazuje kierunki świata, a schody w formie podwójnej spirali, wybudowane w miejscu, w którym łączą się ramiona krzyża, symbolizują nierozłączność życia realnego i duchowego. Schody wieńczy latarnia, która symbolizuje Chrystusa. Wskazuje na to jej forma w kształcie tabernakulum, a monogram Franciszka i królewskie lilie pokazują przedstawiciela Chrystusa na ziemi, czyli samego króla. Cały krajobraz dachu z latarniami, kominami, lukarniami, wieżyczkami, przedstawia zastępców w postaci kleru. Monogram F oznacza nie tylko Franciszka, lecz także Francję. W sklepieniach można znaleźć otoczoną płomieniami salamandrę, symbol Franciszka i ucieleśnienie idei Franciszka „Nutrisco et extinguo”, który rozpoczął budowę pałacu w roku 1519. (W owym czasie w Polsce, rozpoczęto budowę renesansowej kaplicy Zygmuntowskiej, projektu Bartolomea Berrecciego, prace nad którą zakończono w roku 1533. Przy okazji rozbudowano także cały Wawel). Budowę Chambord ukończył Henryk II, syn Franciszka I w roku 1556. Chociaż ma się jeszcze do wyboru prawie sto innych schodów, na tarasy pałacowego dachu koniecznie trzeba wejść tymi tajemniczymi schodami o podwójnej spirali, dzięki której wchodzący i schodzący nie widzą się wzajemnie. Podczas spaceru po tarasach odnosi się wrażenie, że krąży się po ulicach małego miasteczka. Stamtąd podziwiać można wielkość pałacu i parku. Piętro, niżej w jednej z komnat królewskich Jean-Baptiste Poquelin, doskonale znany wszystkim jako Molier, przedstawiał królowi Ludwikowi XV swą sztukę „Mieszczanin szlachcicem”.

* * *

  W pałacu pozostawił też swe ślady teść Ludwika XV, były król Polski Stanisław Leszczyński, który rezydował tam w latach 1725–1733. Jako król, jak mnie uczono, nie spisał się zbyt dobrze, po roku panowania oddał bowiem Polskę pod szwedzką zależność. Ponieważ prawo do dziedziczenia tronu polskiego przechodziło w Polsce na małżonka lub małżonkę, prawie wszystkie europejskie rody królewskie, jako spokrewnione, mogły ubiegać się o polski tron. Mieli do tego prawo także Szwedzi. Dlatego (moim zdaniem, jako totalnego laika) Stanisława Leszczyńskiego nie nazwałbym sprzedawczykiem, ponieważ w tych trudnych dla Polski czasach, był jedynym, który chciał wprowadzać reformy. Oczywiście, polskie liberum veto pokonało go. Wtedy to król udał się za swą córką Marią Ludwiką, późniejszą królową Francji, na emigrację. Maria Ludwika nie miała ambicji ojca. Nie chciała nawet konkurować na francuskim dworze z Madame de Pompadur, ponad jakąkolwiek władzę przekładała bowiem dobre jedzenie. Jadła zazwyczaj samotnie, przy stole zastawionym na dwanaście osób i w otoczeniu kilkunastu dworzan. Wzrok miała zawsze skierowany w talerz, powieki opuszczone. Kosztując jakieś danie, nawet nie podnosząc oczu, mówiła: – Panie Lovendal? Marszałek robił kilka kroczków w stronę stołu i odpowiadał: – Tak, jaśnie Pani... – Myślę, że to potrawka z kury. – Jestem tego samego zdania, o Pani. Po udzielonej tonem pełnej powagi odpowiedzi, marszałek drepcząc tyłem, wycofywał się na swoje miejsce do szeregu, a królowa z opuszczoną głową oddawała się dalej swemu ulubionemu zajęciu. Jadła ponad miarę. Latem roku 1727 dostała ostrej niestrawności z powodu zjedzenia zbyt dużej dawki mrożonych melonów. Innym razem po spożyciu – nota bene – piętnastu tuzinów ostryg, zemdlała. Kiedy po kilkugodzinnych modłach przy jej łożu, podczas których medycy z mozołem próbowali ją ocucić, po udzieleniu jej ostatniego namaszczenia, doszła do siebie... zażądała posiłku. Nie wiadomo dokładnie, co Stanisław Leszczyński robił w Chambord. Pewne jest tylko, że zasypał część fosy wokół zamku. Więcej informacji mamy natomiast o jego działalności w Lotaryngii, którą – za zasługi wojskowe – otrzymał w dożywocie od Ludwika XV. Szczególnie mieszkańcy Nancy byli zadowoleni z jego gospodarowania. Honorują go zresztą do dzisiaj. Wybudował bowiem część miasta, z której do dzisiaj są bardzo dumni. Tak opisuje swoje wrażenia Zygmunt Freud w dziennikach, gdy w czasie pobytu w Nancy zobaczył plac Stanisława, który go oszołomił. „Jest to nie plac, a część miasta, w której pełno publicznych budynków, utrzymanych w jednakowym stylu, o kutych, żelaznych ogrodzeniach i bramach ze wspaniałymi złoceniami. W środku placu wznosi się łuk tryumfalny, ukoronowany statuą. Barokowy ratusz, Pałac Sprawiedliwości i teatr, razem tworzą jasną mozartowską symfonię”. Niedoceniony w Polsce król, we Francji okazał się wspaniałym gospodarzem, mecenasem sztuki i nauki. Jako polityk zwalczał poddaństwo chłopów, opowiadał się za reformami ustrojowymi i nawoływał do wzmocnienia władzy wykonawczej. Jak się okazuje już wtedy Polacy potrafili lepiej pracować za granicą niż w swoim kraju. Francuzi uwielbiają go za wspaniałe delicje z alkoholem, które podobno odkrył przypadkowo, gdy zasnął z trzymanym w ręku ciastkiem, które zbiegiem okoliczności umoczyło się w stojącym przypadkowo pod ręką kieliszku. Uwielbiał łakocie w czym był podobny do swojej córki. Podobno w Chambord miał swoją pracownię alchemiczną, może nie tak znakomity gość jak były król Stanisław Leszczyński, ale za to wielce tajemniczy Saint-Germain. W czasach Ludwika XVI był on postacią bardzo znaną i popularną. Podobno widywano go zarówno we wcześniejszych wiekach, gdzie pełnił różne funkcje państwowe, jak i w czasach późniejszych. Odwiedził również Polskę za czasów panowania Stanisława Augusta Mocnego. Saint-Germain jest jak najbardziej postacią historyczną. Jest to człowiek, który podobno wynalazł eliksir życia, wielki alchemik i parapsycholog znany z tego, że wyeliminował skazę z diamentu Ludwika, pomimo zapewnień znawców o niemożliwości jej usunięcia bez uszczerbku na jego wartości. Po tej operacji wartość kamienia wzrosła dwukrotnie. Dokładnie nie wiadomo, kiedy się urodził i kim naprawdę był Saint-Germain. Opowiadano, że był synem króla hiszpańskiego lub portugalskiego, że przybył z Meksyku po ucieczce z wianem swojej żony. Na podstawie innych źródeł przypuszcza się, że urodził się 28 maja 1696 roku, jako najstarszy syn węgierskiego księcia Franciszka Rakoczego i niemieckiej księżniczki Karoliny Amalii z Hessenów z Sankt-Goar. Prawdopodobnie zmarł 27 lutego 1784 roku w Eckernföerde w Niemczech. Uważa się jednak, że swój pogrzeb zainscenizował i jego grób jest pusty. W tym jest podobny do słynnego Leonarda da Vinci, który zmarł w Amboise. Pochowano go w przyzamkowej kaplicy, ale nigdy nie odnaleziono jego ciała. Jeszcze jedno łączyło tych dwóch geniuszy. Były to alchemia i nauki Hermesa Trismegistosa, które są początkiem wszelkiej wiedzy. Saint-Germaina widywano w późniejszych wiekach. Ostatnie spotkanie z nim miało się odbyć w roku 1951 w Tybecie. Według pisanych siedemnastowiecznych, wiarygodnych źródeł, Saint-Germain nigdy nie opowiadał, że żył wiecznie, ale też nigdy temu nie zaprzeczał. Voltaire powiedział o nim, że jest nieśmiertelny i wie wszystko. Kiedyś, na jednym z przyjęć, jakaś ciekawska księżna, chcąc się czegoś więcej o nim dowiedzieć, zagadnęła jego służącego: – Czy to prawda, że Saint-Germain żyje już bardzo długo i jest nieśmiertelny? Po chwili otrzymała następującą odpowiedź: – Nie wiem, szlachetna księżno, ja u niego służę dopiero od dwustu lat.

 Dzisiaj wiemy, że jest to jedna z najbardziej zagadkowych osobistości tej epoki. Na jego temat w internecie można znaleźć wiele materiałów. Można w to wierzyć lub nie, niemniej jednak są to bardzo frapujące informacje. Wielu autorów także zajmowało się tą postacią, jak James Joyce, Umberto Ecco. Osobiście także poświęciłem mu powieść o reinkarnacji, noszącą tytuł: „3 powrót”.

* * *

 W ogrodach pałacu Chambord zrobiliśmy sobie drugie śniadanie. Tuż obok nas galopowały na koniach damy i rycerze w średniowiecznych strojach. To aktorzy, biorący udział w pokazach i turniejach historycznych, reklamują całodniowe przedstawienie, które odbywa się tuż obok w bocznych ogrodach pałacu. Wieczorem zaś, po zapadnięciu zmroku, odbędzie się spektakl „Światło i dźwięk”, który ściąga rzesze turystów z całego świata. Spektakl ten jest robiony już od ponad pięćdziesięciu lat. We wnętrzu pałacu można zobaczyć instalacje artystyczne na temat przyrody. Widziałem je, jednak nie tego dnia, bo musieliśmy wyruszyć w dalszą podróż, ale później, kiedy to przyjechałem do Chambord jeszcze raz. Przedstawione instalacje artystyczne zrobiły na mnie wielkie wrażenie, czego nie mogę powiedzieć o wielu innych oglądanych przeze mnie gdzieniegdzie. Opisywać ich nie ma sensu. To trzeba zobaczyć. Wystawy te zmieniają się i w tej chwili zapewne wyglądają zupełnie inaczej. Większość instalacji, które oglądałem, dotyczyła scen myśliwskich i znakomicie harmonizowała się z charakterem pałacu.

* * *

Wsiedliśmy na siodełka i kręciliśmy dalej. Naszym następnym celem był oddalony o kilkadziesiąt kilometrów pałac Chenonceau. Już po dwudziestu kilometrach naszym oczom niespodziewanie ukazał się inny zabytek, w Cheverny. Schowany był za kilkusetmetrowej długości murem, przy którym zawsze można zobaczyć długi rząd parkujących autobusów wycieczkowych. Pałac od czasów jego powstania aż do dzisiaj jest w posiadaniu rodziny Hurault, która zajmuje obecnie jego małą część. Znany jest z pięknych wnętrz a szczególnie ogrodów oraz terenów łowieckich. Organizuje się tam pokazowe polowania. – Nie, nic już nie chcę dzisiaj widzieć. Jestem pod wrażeniem Chambord. Jestem syty. Ile razy w ciągu dnia można ucztować – myślałem, nie przestając pedałować. Pałacu ukrytego za wysokim murem i szczelną bramą nie mogłem fotografować, ale zrobiłem za to zdjęcia starego drewnianego kościoła, przykrytego olbrzymim drewnianym dachem, który jak gdyby przycupnął na skrzyżowaniu, tuż naprzeciw wejścia do zamku. To zupełnie inne przeżycie, to mały deser po tak wielkiej uczcie. Po kilku kilometrach znów zamek obronny w małej wsi Fougères-sur-Bièvre. Pochodził z wczesnego średniowiecza. Warto było zrobić małą przerwę i obejrzeć jego szlachetną, prostą architekturę romańską i stożkowo zwieńczone wieże. Ale niestety obowiązek wzywał, a ja byłem jeszcze pod wrażeniem pałacu w Chambord. Po takiej renesansowej uczcie romański zamek wyglądał trochę skromnie. Poza tym Alfred już dawno zniknął mi z pola widzenia.

 Dzisiaj, gdy wspominam ten zabytek, chciałbym tam być znowu. Nie udało mi się go także zobaczyć innym razem, gdy wraz z żoną podróżowałem samochodem. Zabawiliśmy w Chambord zbyt długo, chciałem nadrobić czas, jechałem zbyt szybko i przegapiłem go, co było naprawdę bardzo trudne, bo znajduje się w samym środku wsi. Dalej jechaliśmy z Alfredem tym razem już po płaskim (o dziwo!) terenie aż do Pontlevoy, a potem już tylko z góry aż do Montrichard. To też dosyć ładne miasteczko. Znane jest przede wszystkim z piwnic, w których produkuje i przechowuje się nie piwo a wina, także musujące. Nazwa „szampan” jest zastrzeżona tak samo jak nazwa „koniak”, choć produkcja tych musujących win odbywa się tą samą metodą co produkcja szampanów. Jednak w przypadku koniaku reguły sprzedaży nie są aż tak rygorystyczne jak przy szampanie. Można tutaj zobaczyć trochę ciekawej architektury. Bardzo interesujący jest stary szesnastowieczny budynek, w którym mieści się centrum turystyczne. Jest to Maison de L’Ave Maria, który ma bardzo ciekawą trójszczytową konstrukcję dachu. Zbudowano go metodą muru pruskiego, typowego dla tego regionu. Belkowania muru jednak wypełnione są nie tynkiem, a małymi cegiełkami. Coś takiego widziałem po raz pierwszy właśnie tutaj. Tuż naprzeciw można zobaczyć ruiny zamku i kaplicy Sainte-Croix. W właśnie w niej, w XV wieku, książę Orleanu poślubił córkę Ludwika XI, Joannę. Małżeństwo to później zostało unieważnione, by książę mógł poślubić Annę Bretonkę i jako Ludwik XII zasiąść na francuskim tronie. Po śmierci Ludwika XII, jako jego najbliższy żyjący męski krewny, na tronie zasiadł Franciszek I. Jeszcze przez objęciem tronu Francji, w 1514 roku, poślubił starszą córkę Ludwika XII i Anny – Klaudię, księżną Bretanii. Dzięki temu Bretania została przy koronie i utrzymany został związek, łączący ją z Francją. Od tej kaplicy jest tylko kilkanaście metrów do schodów, prowadzących do ruin potężnej wieży z XI wieku – ostatniej części, istniejących tu kiedyś murów miasta. W licznych uliczkach znajduje się duża ilość niewielkich restauracji i kawiarni, które szczególnie wieczorem stwarzają miłą atmosferę. W dzień natomiast można zwiedzać liczne pieczarkarnie i podziemne winiarnie. Najbardziej godne polecenia to Cuvee Monmousseau, które znajdują się w wykutych w skale jaskiniach, gdzie w chłodzie i stałej przez cały rok temperaturze przechowuje się wina, narzędzia, a nawet mieszka. Podobne, obejrzeliśmy też później, w pobliżu Saumur. * * * Zbliżało się popołudnie, więc zaczęliśmy rozglądanie się za hotelem. Nie było zbyt późno, więc zdecydowaliśmy się na podjechanie jeszcze kilku kilometrów, by następnego ranka być jak najbliżej Chenonceau. Droga ciągnęła się pod górę, ale na szczęście dało się pedałować. Powoli zaczynaliśmy jednak odczuwać zmęczenie. Wreszcie naszym oczom ukazała się reklama hotelu Logis de France. Oznaczało to, że dotarliśmy do Chisseaux. Do pałacu Chenonceau zostały nam do pokonania jeszcze tylko dwa kilometry. Zdecydowaliśmy się jednak zanocować w Chisseaux. W parku hotelowym dostrzegłem basen kąpielowy. Do kolacji mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc wzięliśmy szybki prysznic i pobiegliśmy w stronę basenu. Najpierw wzięliśmy masaże wodne w whirlpoolu, a następnie pływaliśmy w blasku już zachodzącego słońca. Zmęczenie minęło błyskawicznie. Przed kolacją udało nam się jeszcze zrobić małe pranie przepoconych rzeczy. Na pierwsze danie, ze względu na piękne brzmienie nazwy, zamówiłem soupe tourangelle, czyli zupę groszkowo-porową z regionu Touraine. Jako danie główne kazałem sobie podać jakąś miejscową specjalność, bo się też ładnie nazywała. Otrzymałem to, o co prosiłem. Nazwę francuską wymazałem na zawsze z mojego słownika. Po polsku potrawa ta z pewnością nazywałaby się: „baranie penisy”. Chyba były oryginalne… Znam z Polski cynaderki, ale tego nie mogłem przełknąć. Szef kuchni i kelner w jednej osobie, widząc moją niezadowoloną minę, na koszt firmy podał mi normalny, na szybko zrobiony, stek. Po kolacji wino, potem jeszcze jedno. Doskonałe są wina Anjou-Village. Na tarasie zapalono już dyskretne oświetlenie. Z pałacu Chenonceau dobiegały dźwięki muzyki. To spektakl „Światło i dźwięk”. Wino było dobre, wieczór ciepły i po drugiej butelce było nam tak błogo, że siedzieliśmy prawie do dwunastej. – Pałac może stać, nikt go nie ukradnie. Jutro w ciągu dnia będziemy mieli dużo światła. A dźwięk? Dźwięk zostawimy na inną okazję – myślałem, wpatrując się w czerwony napój w moim kieliszku. Spektakl się skończył, nastąpiła idealna cisza. No, niezupełnie. Słychać było stuk kieliszków z sąsiednich stolików i cykady. Na zdrowie! Zrobiło się już bardzo późno. Zostaliśmy w restauracji sami. Żadnego stresu. Żadnych problemów, żadnych obowiązków. Było ciepło i przyjemnie. Cykały cykady. Chyba my także byliśmy już trochę cyknięci.

 

Menorah


Okowy zmysłów